Po usunieciu " zelkotu"
Zdjecia w trakcie remontu "Luki"
Plyniemy, widze jeszcze Beate machajaca z nabrzeza,
pewno placze, ale odnajdzie balans, to madra i silna dziewczyna, pozy
tym gdzies na dnie wie ze wlasnie spelniaja sie moje marzenia , lub
raczej , ze to ja sam wlasnie sie spelniam..... .
Nie dociera chyba do mnie jeszcze fakt, ze udalo mi sie w koncu rzucic
cumy.. .Zawsze kiedy wyobrazalem sobie ten moment czulem wypelniajce
mnie sczescie i poczucie satysfakcji , tymczasem czuje sie spiety i
jakby po szklance whisky , zwracam tylko baczna uwage by nie rozjechac
jakiejs boi nawigacyjnej lub krecacych sie dookola malych mexykow w
malych lodkach. Mijamy glowki portu w Ensenadzie..., za mniej wiecej
11 miesiecy bede mijal je ponownie... .
Luke, wtedy Katmandu znalazlem w
Santa Barbara (CA). Szukalem jej dlugo wydawalo mi sie ze znajde
ja na Florydzie, lub Georgii... Czeste huragany w tamtych okolicach
dawaly najwiecej szans wlasnie tam, na znalezienie solidnego jachtu do
remontu. Nie interesowaly mnie jachty „pod kluczyk” bo to zwykle bajer
, niby nowa elektronika, nowa ale sprzed dziesieciu lat, lub silnik w
doskonalym stanie ale do remontu itd. Szukalem jachtu gdzie wiadomo
bedzieze wszystko jest do wymiany lub remontu i w zwiazku z adekwatna
do tego cena, a pozniej wlasnorecznie upewnie sie ze mam nowa
elektronike i silnik w doskonalym stanie itd.... .W LUCE, wtedy glupawo
nazwanej Katmandu , zakochalem sie od razu...Miala wszytko czego
oczekiwalem: 17m dluga, 4,8m szeroka, 2m zanurzenia, 7t olowiu w
kilu, ketch, centralny kokpit i owiewka nad przednia czescia centralnego
kokpitu, ktora bardzo latwo da sie przedluzyc i zamknac... . Luka
musiala miec pilothause ..., wiele lat spedzilem
lowiac ryby na Alasce, i gdzies tam, w srodku jakiegos zimnego
sztormu doszedlem do konkluzji, ze jedyna slaba strona wiekszosci jachtow zaglowych jest odkryty kokpit, w ktorym to bardzo latwo zgubic pociag do zeglarstwa, zwlaszcza kiedy zimno, mokro i strach miesnie posladkow napina hehe... . Luka ma wiec solidnie zbudowany
pilothouse, ktory jednak zadasza kokpit i nawet gdybysmy zgubili ktores
z duzych okien, to i tak bedziemy w lepszej sytuacji niz gdyby
nadbudowki nie bylo, i w niczym nie oslonieci bralibysmy deszcz i wiatr
w oczy...Dopelnilem formalnosci zwiazanych z kupnem jachtu,
i z Johnem ,ktory za niewielka oplata zgodzil sie byc moja zaloga,
wyruszylismy jeszcze tego samego dnia na polnoc, w strone Point of
Conception, i dalej do Port San Luis gdzie Luka miala byc wyciagnieta na
brzeg,...
Wydawalo sie ze po trzech, czterech miesiacach remontu bedziemy z
powrotem na wodzie i gotowi do rejsu.. zycie zweryfikowalo to jednak do
dwoch i pol roku... Szef tego malego potu rybackiego i mariny kiwal
glowa, jak to kiwa sie witajac nieproszonego goscia, a gdy dowiedzial
sie jakie ma rozmiary i ile wazy LUKA , stwierdzil ze to maximum ktore
samojezdny dzwig portowy, przypominajacy prostokatnego pajaka na
czterch dlugich zardzewialych nogach mogl wyjac z wody.. Nastepnego
dnia z szerokim usmiechem wreczylem mu butelke niezlej
whisky, na co
Marti zmieszal sie lekko ,widocznie nie przywykl do lapowek, w koncu
usmiechnal sie i nazajutrz stalismy na „twardym”. Zastanawialem sie czy
Luka bedzie miec bable , po tubylczemu zwane blisters , ktore to miewa
wiekszosc jachtow budowanych po ’72roku, z uwagi na owczesny kryzys
energetyczny, i zwiazane z nim zmiany w skladzie chemicznym zywicy
poliestrowej..
Po wyjeciu jej z wody i oczyszczeniu dna, woda pod cisnieniem nie
zauwazylem ani jednego babla.. Mialem wspanialy humor, do momentu
jednak, kiedy zaczalem szlifowac 20 warst starej farby antyporostowej. Spod plaskiej powierzchni szlifierki zaczely wylaniac sie male bable ,
jeden obok drugiego.. Okazalo sie ze Luka nie ma ani jednego duzego
babla, ktore na wzor wrzodow wypelnione sa smierdzaca , lepka ciecza,
natomiat malych , wielkosci 2-4 cm miala wprost niezliczona ilosc...
Nie bylo sesu szlifowac dalej. Zrobilem wywiad , z ktorego wynikalo ze
fachowiec z odpowiednia maszyna moze przyjechac do Port San Luis za dwa
miesiace, a usuniecie babli wraz z warstwa zelkotu bedze kosztowalo,
lacznie z hotelem i wyzywieniem dla fachowca, okolo $ 5000.00 Nie
spododobalo mi sie to wcale .
Podzwonilem jeszcze i okazalo sie ze moge sam kupic maszyne produkowana
w Anglii do tej roboty, ktore sprzedawala pewna firma na Florydzie, a
ktora to maszyna przypominala heblarke, majaca jednak walek z dwoma
nozami z przodu .. Za jedyne $ 2,5k z malym okladem nastepnego dnia
maszyna jechala juz do mnie z Florydy (odsprzedalem ja potem znajomemu
"z bablami"). Zjechalismy skore Luce od linii wodnej w dol, wraz
z ”wrzodami”, pozniej nawiercilem plytko raz przy razie pecherze ktore
byly w nastepnej warstwie palstikowego kadluba . Wyplukalem je dokladnie
woda pod cisnieniem, potem pozwolilem kadlubowi schnac przez prawie
caly nastepny rok, zajety innymi rzeczami. Po roku zaszpachlowalem
mini dziurki szpachlem epoksydowym , a potem pokrylem czterema grubymi
warstwami zywicy epoksydowej West System. Teraz, z perspektywy, sadze ze
remont LUKI byl jednym z najprzyjemniejszych okresow w moim zyciu, miejmy
nadzieje ze zeglowanie nia okaze sie rownie przyjemne...
Po dwoch i pol roku intensywnej pracy LUKA byla gotowa plynac w kazde
miejsce kuli ziemskiej, pod warunkeim ze jest tam wiecej niz 2 metry
wody .. . Pozniej, z powodow znanych jedynie temu „ktory patrzy na nas
z gory i karty rozdaje”, rejs opoznil sie o caly rok... , ale i w
tym nie moglo byc nic bardzo zlego, bo co ma plynac poplynie , a co
wisiec w koncu i tak zawisnie.... MY PLYNIEMY
Tomek